wtorek, 7 stycznia 2014

Krótko i sympatycznie


Czas kończyć te wagary!
Nieco mi zeszło ostatnio… Ale nie będę przepraszać. Wszak cykliczność wpisaną mamy
w genotyp. A z naturą się nie wygra. Szkoda więc podejmować jakiekolwiek kroki. Wolę poddać się chwili i wyciągnąć z niej wszystko, co najlepsze (w ostatnich miesiącach wyjątkowo dobrze czuję się w roli własnego psychoanalityka).
I choć staram się szerokim łukiem omijać noworoczne podsumowania, chyba muszę to napisać. Tak ku pamięci. Tak na przyszłość. Żebym już nigdy więcej nie biadoliła. Nie załamywała rąk. Nie myślała „kryzysowo”. Nie skupiała się na żalach i nieszczęściu. To był trudny rok. Ale potrzebny. Może nawet najlepszy, jaki mógł nam się trafić…
I na tym podsumowania zakończę. Prawda, że krótko i sympatycznie?!

czwartek, 7 listopada 2013

Spóźnienie

Żeby ktoś tak dobrze zorganizowany jak ja spóźnił się do pracy całe 10 minut... potrzeba naprawdę wiele. Tak do tej pory myślałam. Dzisiejszy poranek zmienił jednak moje zapatrywania w tej kwestii. Okazuje się, że wystarczy, iż zjawią się w domu rodzice, którzy zaoferują poranną pomoc przy dzieciach ;)

wtorek, 5 listopada 2013

Wyższy poziom wtajemniczenia, czyli bieganie w deszczu

Pod bramę stadionu podjechałam o 17:30. Wyłączyłam silnik i zanim wykonałam telefon do Jacka, jeszcze chwilę wsłuchiwałam się deszcz bębniący o szyby.
- No jestem- zakomunikowałam krótko - Pada. Nie że siąpi, nie że dżdży, nawet nie że kropi. Po prostu, legalnie pada. I co ja mam teraz zrobić? - zawiesiłam pytanie nie bardzo wiedząc, czy kieruję je do siebie, czy może jednak do mojego ślubnego.

poniedziałek, 28 października 2013

Kraków

Wyjazd, którym emocjonowałam się w ostatnich dniach, a który z racji Krzysiowej choroby został przeze mnie (z premedytacją) uczuciowo uśmiercony - dokonał się!
To były niezwykłe 4 dni spędzone w centrum wszechświata (chwilowo przeniesionym z ukochanej Radomii). Ponieważ wygrane przeze mnie warsztaty (konsekwentnie tytułowane przez MK "konwersatoriami"), stanowiły dla mnie nie lada niespodziankę, jechałam tam bez specjalnych oczekiwań, ale i bez strachu. Mknąc naszym starym, a moim nowym Miśkiem (ot takie kuriozum!), katowałam wokalnie Heya, kreując samozwańczo dość ekscentryczny duet z Nosowską. Mnie przypadł do gustu, wiec są duże szanse, że i Nosowskiej ;) Zresztą na podkładzie z uroczego wieczoru spędzonego z Jackiem w Oławie, mój wokal brzmiał naprawdę dobrze. A jeśli były jakieś nieczystości, łagodził je rzęsisty deszcz obmywający korpus auta. Fajna to była podróż! Tyle czasu spędzonego z samą sobą. Cieszyłam się niczym dziecko.

środa, 23 października 2013

październikowe bogactwo

Październik pieści nas słońcem i kolorowymi liśćmi. Część z nich wiruje właśnie z kotami (!) na tarasie (o dwóch sierściastych rozrabiakach opowiem nieco później). Obok, na rozstawionych krzesłach suszy się prześcieradło połykając co większe podmuchy wiatru. Cudownie! Sielankę zaburza jedynie rzężący kaszel Krzysia lub mój zniecierpliwiony okrzyk: "wyciągaj palucha z nosa synu!". Podsumowując, "delektujemy" się z młodym w domowych pileszch jego zapaleniem gardła. On, z racji choroby, ma wolną rękę w doborze (tak ilościowym, jak i rodzajowym) zabawek, jakie do salonu ściągnąć może, ja - kilka wolnych chwil na czytanie, czy .. blogowe zaległości :)
- dziękuję M.M. za upomnienie!

piątek, 20 września 2013

Już piątek!

Jej! No cieszę się jak głupia! To już piątek!
Wieczorem będziemy więc razem.
Jakoś przepękaliśmy ten tydzień. Udało się nawet zaliczyć zebranie w szkole, gdzie w objawie "rozłąkowego szaleństwa", zgłosiłam się do klasowej trójki. Zaznaczyłam co prawda, że zamierzam być tym najmniej aktywnym jej członkiem... ale jednak. Nie jest dobrze. Wdzięczność Hani wychowawczyni była ogromna, czego wyrazem była natychmiastowa pochwała Hankowej zaradności - p. Magda zacytowała historię zagubionej koleżanki, którą córa moja osobista w miejsce docelowe doprowadziła :) Zuch dziewczyna!


poniedziałek, 9 września 2013

uwielbiam wrzesień :)

Krzychu leży pod kocem. Wcina jabłko.
Hania stoi zahipnotyzowana przed telewizorem. Wcina jabłko.
Siedzę przy stole udając, że zabieram się za parowanie skarpet. Wcinam jabłko.
Mija, z podkulonymi łapkami, posypia na tarasie. Nie gustuje w jabłkach.

Gdyby nie fakt, że z ostatnio zakupionych 4 butelek naszego ulubionego wina, została ledwie jedna.. pewnie z żalu za kończącym się urlopem wypiłabym lampkę. Może nawet dwie. Nie wiem, kiedy minęły te dwa tygodnie. A przecież nie przeczytałam wszystkich pożyczonych książek. Nie uprzątnęłam szuflad w kuchni. W spiżarce co prawda pojawiły się nowe słoiki z sokiem z aronii i kilka z suszonymi pomidorami... ale gdzie do cholery upchnęłam te dwa tygodnie!?
Najwyraźniej pozostanie to nadal zagadką.

Krzyś wkręcił się w przedszkole. Nie płacze, bawi się z dziećmi, śpi najdłużej z całej grupy. Panie zachwycają się jego ogładą - proszę, dziękuję, przepraszam, nic nie szkodzi. "Przepraszam" pada zwykle po tym, gdy któraś z opiekunek zdiagnozuje u niego mokre gatki :) Ale bywa, że kwituje ten fakt tekstem: "to taki mały żarcik". Wiec potem mama dostaje ten synusiowi żarcik w woreczku do wyprania..

Hancyna na razie bezboleśnie. Jeszcze mało lekcji, a popołudnia pogodne, więc najczęściej eksploruje R. na rowerze.

Jacek - prawie gotowy do wyjazdu. Pościel kupiona. Rondelek. Czajnik.
Czy tak się czują rodzice wyprawiając dzieci na studia?

Ps. Miałam napisać o biegach, ale goście zawitali :) Powiem tylko, że uwielbiam wrzesień. A imieninowy bukiet nadal zdobi salon..

czwartek, 22 sierpnia 2013

Internet Explorer chyba mnie nie lubi

Za każdym razem obiecuję sobie, że się przyłożę.
Że zgłębię tajniki blogowej technologii.
Oswoję ją. Okiełznam.
Odbiorę atrybuty.
Chyba jednak się starzeję..
Szczęśliwie jest Alutka!
I niniejszym jej dziekuję.

W ostatnich tygodniach, kilkakrotnie nachodziły mnie myśli wielkie. Takie na skalę: "muszę o tym napisać!". Uchwycić. Niestety Internet Explorer nie podzielał mojego entuzjazmu. Nie ma jednak tego złego. Czas weryfikuje ważkość idei. Dzięki temu, nie napisałam o wielu zapewne przyziemnych, rodzinnych konfliktach, o chwilach zwątpienia i powtarzanych lekcjach, które mogłyby zepsuć cudownie ciepłe, piaskowe tło tego miejsca...

Napiszę więc o rzeczach przyjemniejszych.
Trenuję. Nadal. Samą mnie to zadziwia :)
Z drżeniem serca wyczekuję końca wakacji i serii biegów, w których zamierzam uczestniczyć.
Na razie, wyzwaniem jest dla mnie dystans półmaratonu.
A to już za dwa tygodnie...

Za dwa dni z kolei - zaczynam urlop. Może nie taki, jaki sobie planowaliśmy (Chorwacja, słońce, wino i owoce morza...), ale równie potrzebny. Będę mogła na spokojnie przygotować się na Nowe; na 3 klasę Hani, na pierwsze przedszkolne dni Krzysia, na życie w nowym geograficznym układzie.

Oby tylko wrzesień był słoneczny.

środa, 10 lipca 2013

Ćwierćmaraton Szwajcarii Kaszubskiej

Do niedzieli, Kaszuby kojarzyły mi się głównie z jeziorami, łąkami pełnymi kwiatów, tabaką i ludzką zaradnością. W miniony weekend dostrzegłam tam GÓRY! Nie pagórki, czy inne wzniesienia, ale góry (!).
Zacznę od początku.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Garść doniesień

Bywa, że mam problemy z adaptacją.
Póki są to sytuacje nowe - pół biedy.
Gorzej jeśli chodzi o ludzi, których znam od lat.

W piątek, Hancyna odebrała świadectwo szkolne. Zaraz potem, w podartych rajstopach i obitym nosem wylądowała w szpitalnym ambulatorium.
Szczęśliwie, złamania nie było.
Proste powierzchnie, w przypadku naszj córki, są najbardziej zdradliwe...

Sting daje radę!
Bez balkoniku i cewnika ;)