środa, 23 października 2013

październikowe bogactwo

Październik pieści nas słońcem i kolorowymi liśćmi. Część z nich wiruje właśnie z kotami (!) na tarasie (o dwóch sierściastych rozrabiakach opowiem nieco później). Obok, na rozstawionych krzesłach suszy się prześcieradło połykając co większe podmuchy wiatru. Cudownie! Sielankę zaburza jedynie rzężący kaszel Krzysia lub mój zniecierpliwiony okrzyk: "wyciągaj palucha z nosa synu!". Podsumowując, "delektujemy" się z młodym w domowych pileszch jego zapaleniem gardła. On, z racji choroby, ma wolną rękę w doborze (tak ilościowym, jak i rodzajowym) zabawek, jakie do salonu ściągnąć może, ja - kilka wolnych chwil na czytanie, czy .. blogowe zaległości :)
- dziękuję M.M. za upomnienie!

piątek, 20 września 2013

Już piątek!

Jej! No cieszę się jak głupia! To już piątek!
Wieczorem będziemy więc razem.
Jakoś przepękaliśmy ten tydzień. Udało się nawet zaliczyć zebranie w szkole, gdzie w objawie "rozłąkowego szaleństwa", zgłosiłam się do klasowej trójki. Zaznaczyłam co prawda, że zamierzam być tym najmniej aktywnym jej członkiem... ale jednak. Nie jest dobrze. Wdzięczność Hani wychowawczyni była ogromna, czego wyrazem była natychmiastowa pochwała Hankowej zaradności - p. Magda zacytowała historię zagubionej koleżanki, którą córa moja osobista w miejsce docelowe doprowadziła :) Zuch dziewczyna!


poniedziałek, 9 września 2013

uwielbiam wrzesień :)

Krzychu leży pod kocem. Wcina jabłko.
Hania stoi zahipnotyzowana przed telewizorem. Wcina jabłko.
Siedzę przy stole udając, że zabieram się za parowanie skarpet. Wcinam jabłko.
Mija, z podkulonymi łapkami, posypia na tarasie. Nie gustuje w jabłkach.

Gdyby nie fakt, że z ostatnio zakupionych 4 butelek naszego ulubionego wina, została ledwie jedna.. pewnie z żalu za kończącym się urlopem wypiłabym lampkę. Może nawet dwie. Nie wiem, kiedy minęły te dwa tygodnie. A przecież nie przeczytałam wszystkich pożyczonych książek. Nie uprzątnęłam szuflad w kuchni. W spiżarce co prawda pojawiły się nowe słoiki z sokiem z aronii i kilka z suszonymi pomidorami... ale gdzie do cholery upchnęłam te dwa tygodnie!?
Najwyraźniej pozostanie to nadal zagadką.

Krzyś wkręcił się w przedszkole. Nie płacze, bawi się z dziećmi, śpi najdłużej z całej grupy. Panie zachwycają się jego ogładą - proszę, dziękuję, przepraszam, nic nie szkodzi. "Przepraszam" pada zwykle po tym, gdy któraś z opiekunek zdiagnozuje u niego mokre gatki :) Ale bywa, że kwituje ten fakt tekstem: "to taki mały żarcik". Wiec potem mama dostaje ten synusiowi żarcik w woreczku do wyprania..

Hancyna na razie bezboleśnie. Jeszcze mało lekcji, a popołudnia pogodne, więc najczęściej eksploruje R. na rowerze.

Jacek - prawie gotowy do wyjazdu. Pościel kupiona. Rondelek. Czajnik.
Czy tak się czują rodzice wyprawiając dzieci na studia?

Ps. Miałam napisać o biegach, ale goście zawitali :) Powiem tylko, że uwielbiam wrzesień. A imieninowy bukiet nadal zdobi salon..

czwartek, 22 sierpnia 2013

Internet Explorer chyba mnie nie lubi

Za każdym razem obiecuję sobie, że się przyłożę.
Że zgłębię tajniki blogowej technologii.
Oswoję ją. Okiełznam.
Odbiorę atrybuty.
Chyba jednak się starzeję..
Szczęśliwie jest Alutka!
I niniejszym jej dziekuję.

W ostatnich tygodniach, kilkakrotnie nachodziły mnie myśli wielkie. Takie na skalę: "muszę o tym napisać!". Uchwycić. Niestety Internet Explorer nie podzielał mojego entuzjazmu. Nie ma jednak tego złego. Czas weryfikuje ważkość idei. Dzięki temu, nie napisałam o wielu zapewne przyziemnych, rodzinnych konfliktach, o chwilach zwątpienia i powtarzanych lekcjach, które mogłyby zepsuć cudownie ciepłe, piaskowe tło tego miejsca...

Napiszę więc o rzeczach przyjemniejszych.
Trenuję. Nadal. Samą mnie to zadziwia :)
Z drżeniem serca wyczekuję końca wakacji i serii biegów, w których zamierzam uczestniczyć.
Na razie, wyzwaniem jest dla mnie dystans półmaratonu.
A to już za dwa tygodnie...

Za dwa dni z kolei - zaczynam urlop. Może nie taki, jaki sobie planowaliśmy (Chorwacja, słońce, wino i owoce morza...), ale równie potrzebny. Będę mogła na spokojnie przygotować się na Nowe; na 3 klasę Hani, na pierwsze przedszkolne dni Krzysia, na życie w nowym geograficznym układzie.

Oby tylko wrzesień był słoneczny.

środa, 10 lipca 2013

Ćwierćmaraton Szwajcarii Kaszubskiej

Do niedzieli, Kaszuby kojarzyły mi się głównie z jeziorami, łąkami pełnymi kwiatów, tabaką i ludzką zaradnością. W miniony weekend dostrzegłam tam GÓRY! Nie pagórki, czy inne wzniesienia, ale góry (!).
Zacznę od początku.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Garść doniesień

Bywa, że mam problemy z adaptacją.
Póki są to sytuacje nowe - pół biedy.
Gorzej jeśli chodzi o ludzi, których znam od lat.

W piątek, Hancyna odebrała świadectwo szkolne. Zaraz potem, w podartych rajstopach i obitym nosem wylądowała w szpitalnym ambulatorium.
Szczęśliwie, złamania nie było.
Proste powierzchnie, w przypadku naszj córki, są najbardziej zdradliwe...

Sting daje radę!
Bez balkoniku i cewnika ;)

Świebodzińska 10-tka

Udało się.
10 km - czas netto: 1:00:04.
Apetyt więc rośnie, bo ... przecież można zejść poniżej godziny :)

poniedziałek, 17 czerwca 2013

sport a higiena

Bywa, że sport to nie samo zdrowie.
Zawzięłam się. Uknułam sobie plan nie dość, że ambitny, to i z perspektywą celu szczytnego, więc pomimo skwarów, jakie nam łaskawie w kraju zapanowały - kontynuuję biegi.
No i po piątkowej porcji ruchu, jakoś tak dziwnie w kostce mi się zrobiło.. niby nie ból, a jednak... boli. Chociaż właściwsze byłoby określenie "doskwierająca chybotliwość". No ale czy ma mnie to powstrzymać? No przecież, że nie! Jacek kupił maść głęboko rozgrzewajacą, owinęłam się bandażem i siup na trasę! Z nieba leje się żar, a ze mnie pot (więcej niż proporcjonalnie). Butelka wody, którą dzierżę w dłoni, raz po raz wyślizguje się. Wpadam więc na myśl, że opłuczę wodą ręcę, co wzmocnić uchwyt powinno. Przy okazji, przecieram twarz. Po chwili, kostka przestaje boleć. Za to buzia - pali niemiłosiernie! Krem głęboko rozgrzewający, który pozostał mi na dłoniach, w sposób całkowicie nieprzemyślany, przeniosłam na policzki... Higiena w życiu jednak ważna jest.

wtorek, 11 czerwca 2013

10 km

Najgorsze są pierwsze 2 km.
Przez las. Piaszczystą drogą. Buty, na milisekundy grzęzną w podłożu. Z oporem odrywają się od powierzchni niosąc za sobą drobinki piasku. Wokół szum drzew. Raz po raz niepokojące trzaski gałązek gdzieś po bokach. Ale już się nie rozglądam. Patrzę tylko przed siebie. Bo wiem, że za tą szkółką mój telefon oznajmi, iż właśnie przebiegłam pierwszy km. Czy w 7 minut? A może w 6? 2 km - 12'27.
Potem zziajana wypadam na asfalt. Tu, w pierwszych metrach uspokajam oddech. Potem śledzę wszystkie dziury w zdezelowanej powierzchni. Jeśli będę miała szczęście, do Drzonowa nie minie mnie żadne auto. Za pierwszym razem - obserwowałam pobocze, zastanawiajac się nad ludzką moralnością, która godzi sie na wyrzucanie z rozpędzonych aut wszystkich tych rzeczy: kanistrów, puszek, butelek, papierków po słodyczach... Teraz po prostu biegnę.
Gdy zmagam się z wzniesieniem przed Orzewem, ogarnia mnie euforia. To już 7 km! Jeszcze chwila i będzie z górki! Może więc przyspieszę?
Dobiegam do domu.
Drżącymi rękoma próbuję odblokować telefon.
Mocuję się kilka sekund.
Zamykam aplikację. Trening ukończony.
W nagrodę, wypijam 2 szklanki wody, biorę prysznic, by na końcu uśmiechnąć się do siebie.

Nie wiem, w czym tkwi tajemnica. Nie wiem nawet, czy ją odkryłam.
Ale chcę zastanawiać się dalej.

środa, 5 czerwca 2013

Running

Natchnąwszy się wiosna i poruszeniem w narodzie wszelakim, wczoraj powzięłam pewne postanowienie. Właściwie zrodziło się ono z pragnienia dokonania Czegoś. Nie żeby zaraz spektakularnego, czy wyjątkowego, ale czegoś, co napawać będzie mnie dumą. Przeczytałam kilka artykułów, pogadałam z ludźmi, by na końcu wydrukować plan treningowy Skarżyńskiego. Celem miało być dojście do formy, która pozwoli mi przebiec 30 minut bez przerwy.
Dzieci podrzuciłam Elwirce (Jacek czekał w Zielonej na swoją lekcję pianina) i ... weszłam w las. Plan zakładał 5 minut biegu, 4 marszu i.. tak 4 razy. Ponieważ po 5 minutach nie zlałam sie potem, a spodziewana zadyszka mnie nie dopadła, przekornie (barania natura!) postanowiłam biec dalej. Po 10 minutach stwierdziłam, że żal teraz już przerywać. Nie przerwałam. Do chwili, gdy moim oczom ukazała sie tabliczka "Drzonów". W kontekście 50 minut truchtu, jakie miałam za soba i kilku kilometrów, które czekały mnie, by do domu cało i zdrowo powrócić - lekko się podłamałam. Szczęśliwie, są telefony... a nic tak nie motywuje, jak rozmowa z kimś z "branży". Dzięki Miłosz :)
Moja wczorajsza przygoda trwała 1 godzinę i 27 minut (50 minut biegu, 10 marszu, 27 biegu). Na moje oko, był to dystans ocierający się o 42 km, ale obiektywnie rzecz ujmując - jakieś 8-9 km!
Teraz modlę się, by boleści przepastne popuściły nieco, bo jutro powinnam znowu wskoczyć w trampki :)
Oł JE!!!